WIARA

Słowo na wydumaną niedzielę

Trzy uwagi o religii na niedzielę, dla tych, którzy w ten dzień odnajdują w sobie na krótko chrześcijańskiego ducha i z przyzwyczajenia siedzą właśnie w kościele, nie za bardzo mając o czym myśleć, lub nie są zdolni do myślenia, bo i po co, zawsze ich ktoś w tym wyręczy.

Więc po pierwsze… Religia to jedyna sfera, w której na mocy powszechnej zgody daliśmy rodzicom pełne prawo, by wtłaczali swoje nieracjonalne przekonania religijne swoim dzieciom (chrzty, bierzmowania, komunie itp). Problem w tym, że te są jednak zdecydowanie za małe, by nie tylko to zrozumieć, ale żeby mieć w ogóle jakiekolwiek własne poglądy. Należy więc zapamiętać, że nie ma chrześcijańskich dzieci, są tylko dzieci chrześcijańskich rodziców. Wbić to trzeba sobie do głowy.

Przy okazji należy też zapamiętać, że wielu ludzi mocno uczepiło się wiary, nie dlatego, że naprawdę w coś wierzą, czy też ta wiara daje im jakieś pocieszenie, ale za sprawą pewnej tradycji i „nacisków wychowawczych” jakim byli poddawani, ale też dlatego, że po prostu ciągnie nie uświadomili sobie (z powodu ograniczeń intelektualnych, czy środowiskowych), że „niewierzenie” jest również jak najbardziej możliwym wyborem.

Po drugie… W polskim społeczeństwie, choć chyba nie tylko, istnieje dość powszechny i akceptowalny pogląd, że tak zwane przekonania religijne to sfera szczególnie drażliwa, i w związku z tym należy je chronić i traktować z wymuszonym szacunkiem. Taki nadzwyczajny i kompletnie niezrozumiały immunitet, nie występujący w żadnej innej sferze życia społecznego.

Mamy więc do czynienia z absolutnie bezzasadnym uprzywilejowaniem religii choćby w dyskusjach nad kwestiami etycznymi czy moralnymi, i to zarówno w mediach jak i na szczeblu władzy. Dochodzi więc do absurdów. Bo jeśli występują jakieś kontrowersje związane dajmy na to z seksem, albo „kwestiami reprodukcyjnymi”, można założyć bez obawy pomyłki, że we wszystkich ważnych komisjach czy zespołach „ekspertów”, na bank zasiądą biskupi, lub co bardziej wyszczekani księża, wykrzykując i przeforsowując swoje średniowieczne zazwyczaj poglądy.

Mogą sobie oczywiście ględzić, bo takie w sumie jest ich prawo, tylko dlaczego słuchając tych bzdetów, tak wielu z nas potakująco kiwa głową a nawet ustawia się do nich w kolejce? Czy w tych konkretnych sprawach, mają oni więcej do powiedzenia niż profesorowie, filozofowie i prawnicy specjalizują się w problematyce rodzinnej, nie mówiąc już lekarzach?

No i po trzecie… Sednem religii, każdej, jest szokująca niezależność od racjonalnego osądu. Od wszystkich innych, mających mniej lub bardziej chłodny a nawet wrogi stosunek do kwestii wiary, wymaga się przedstawienia silnych i jednoznacznych argumentów na obronę swoich poglądów. Ale gdy tylko poprosimy kogoś wierzącego, by w jakikolwiek sposób próbował uzasadnić swą wiarę, w co wierzy i dlaczego, to naburmuszony obróci się do nas dupą, a na dodatek usłyszymy, że jesteśmy agresywni i naruszyliśmy ich wolność religijną, a może nawet pytając obraziliśmy ich religijne uczucia.

No i zasada podstawowa: prawo do bycia chrześcijaninem, to prawo do wtykania nosa w prywatne życie innych ludzi.

%d blogerów lubi to: