ŻYCIE

Kumpelki i kumple Weinsteina

Jak zobaczyłem jakiś czas temu Harveya Weinsteina wychodzącego z budynku sądu i niczym inwalida podpierającego się balkonikiem, no to zwyczajnie zrobiło mi się go żal (taka męska solidarność). Abstrahując od jego upodobań, był to naprawdę znakomity producent i gdyby nie on, nie mielibyśmy wielu naprawdę dobrych filmów (Pulp Fiction, Kill Bill, Władca Pierścieni, Gangi Nowego Jorku), z których część przeszła już do historii kinematografii.

Opinie na temat Weinsteina są skrajne, ze zdecydowaną przewagą tych skrajnie negatywnych. Choć to oczywiście znak czasów, bo jeszcze parę lat temu (ile to już #MeToo trwa?) wszyscy wychwalali go pod niebiosa, żarli mu z ręki i prześcigali się w prawieniu komplementów i naprawdę interesownego rozkładania nóg. Teraz oni wszyscy jak jeden, to oczywiście #MeToo. Kiedyś pokazać się z Weinsteinem to było coś, teraz to powód do wstydu i udawania, że nigdy w życiu Harveya się nie spotkało, mimo, że to właśnie dzięki niemu wielu zarobiło miliony i całkiem wygodnie dziś żyją.

W Polsce największym wrogiem, zapiekłym i nie przebierającym w słowach, był nieżyjący już niestety Andrzej Żuławski, który z uporczywą konsekwencją nazywał go obleśnym, tłustym i „największym knurem Hollywood”. Miał do niego ansę czysto osobistą, bo to Weinstein był jednym z tych, którzy ujeżdżali kochanicę Andrzeja, ciągle jeszcze wtedy pannę Weronikę Rosati.

Wszystkie swoje uprzedzenia i frustracje Żuławski przelał na kartki specyficznego pamiętnika/dziennika, wydanego pod tytułem „Nocnik”.

Wkrótce jednak książka została zatrzymana, nie tyle przez cenzurę, co przez podszywający się w tę instytucje sąd, a to za sprawą owej czującej się książką obrażonej i znieważonej panny Rosati vel Esterki (z lektury wynika wprost, że jest panną raczej nie ciężkich obyczajów). Do tej pory „Nocnik” nie jest więc oficjalne osiągalny, a pojawiające się od czasu do czasu na aukcjach pojedyncze egzemplarze, osiągają zawrotną raczej cenę, rzędu 350-400 złotych (ostatnio widziałem nawet egzemplarz wyceniony na 499 pln, który szybko zniknął a to pewnie znak, ze ktoś go jednak kupił).

Co ciekawe, wedle plotek, panna Rosati (incydentalnie bywało, że nie panna), próbowała się nawet jakiś czas temu droczyć chyba z Allegro, by ci nie dopuszczali książki do licytowania, bo przecież ona zakazana i aresztowana przez sąd, ale jak widać skończyło się to niczym.

W każdym razie, zakazana czy nie, ja swój egzemplarz mam, kupiony jeszcze na legalu i od czasu do czasu do niego zaglądam. Uprzedzam, że to lektura trudna, językowo zawiła i przynajmniej moim zdaniem nie nadająca się za bardzo do czytania non stop od rana do wieczora. Jeśli ktoś oczekuje, że to Super Express w wydaniu książkowym, albo męskie wydanie Grocholi, lub Mróz przemieszany z Bondą, to będzie srodze rozczarowany.

Wracając do Harveya Weinsteina i ruchu #MeToo…

Myślę, że żar tego zjawiska poważnie się już wypalił. A w Polsce to już w ogóle o nim zapomnieliśmy, jeśli kiedykolwiek żyło to jakimś swoim życiem. To raczej pobocza. No bo niech mi ktoś łaskawie przypomni, czy było u nas jakieś spektakularne widowisko, jakiś odcinek tego serialu miał głośną premierę? Czy mieliśmy jakiegoś polskiego Weinsteina, najlepiej też żyda, bo głos byłby wtedy ważniejszy, bardziej doniosły i narodowo słuszny, jakiegoś Kowalskiego na miarę Weinsteina? Kogoś, kto zmolestował połowę polskiego środowiska aktoreczkowego, w tym koniecznie przeczołgał pod kołdrą przynajmniej 80% wielkich polskich gwiazd (LOL)?

I nie chodzi nawet o tuszę, nie musi być rozmiarów Weinsteina czy – żeby daleko nie szukać – Sakiewicza. Chodzi tylko i wyłącznie o ilość wymolestowanych aktorek, aktoreczek, celebrytek i zadatków na celebrytki. Był taki ktoś, czy nie było? A jak nie było, czy to oznacza, że nie było (lub nie ma) u nas molestowania, czy może zajęci kupowaniem tych elektrycznych samochodów Morawieckiego i sadzeniem milionów drzew, nie mieliśmy czasu na zajmowanie się „takimi pierdołami”, nie zmierzyliśmy się dostatecznie z tematem i nie namierzyliśmy żadnego takiego gagatka.

Nie zarejestrowałem czegoś takiego i w tym rozmiarze, bo pomijam świadomie jakieś drobne, rozdymane (upssss…) nieco happeningi, w jakimś teatrze, czy innym kabarecie.

I posłużę się tu może kontrowersyjnym wnioskiem, że mamy takie #MeToo, jakie mamy polskie kino.

Więc kończąc…, ja w kwestii #MeToo Made in Poland nic wielkiego, odkrywczego i bulwersującego nie zarejestrowałem, i choć mamy co prawda jakiegoś Wildsteina, ale to tylko bliskobrzmienność nazwisk, nic ponad to. Żadnych innych kumpli i naśladowców Weinsteina!

A może jest też tak, jak do niedawna z kościelną pedofilią. Była wszędzie, ale jakimś cudem omijała szczęśliwie polski kościół. Aż tu nagle mleko się wylało. Może trzeba więc z #MeToo Made in Poland troszkę jeszcze poczekać, może ciagle brakuje nam odwagi, albo determinacji, żeby poważnie o czymś takim zacząć rozmawiać. A że jest o czym gadać, to według mnie nie ulega watpliwości. Czuję to przez skórę, choć dowodów nie mam. Na razie jednak spokój i cisza, nie mamy póki co nikogo na miarę Weinsteina i choć mamy co prawda jakiegoś Wildsteina, ale to tylko bliskobrzmienność nazwisk, nic ponad to.

Na fali kuriozalnych czasem rozliczeń Hollywood z molestowaniem seksualnym, z szafy powypadały tyleż interesujące, co i śmieszne historie. Bo prawda w sumie jest taka, że od lat, od zamierzchłych czasów, wszyscy niezmiennie molestowali wszystkich i w zasadzie nikomu to szczególnie nie przeszkadzało. Z jakiś powodów dopiero tekst o wyczynach Weinsteina, przelał szalę goryczy, ale też nie do końca pojmuję, dlaczego akurat Weinstein i dlaczego akurat teraz. Tak, był niezłym samcem, ale nie jedynym w stadzie.

Nota bene jak pewnie pamiętacie (lub nie), autorem tego głośnego i otwierającego szafę z trupami tekstu o Weinsteinie, w magazynie „The New Yorker”, był Ronan Farrow, biologicznego syna aktorki Mia Farrow i Woody Allena, któremu z tatą nie za bardzo jest po drodze.

Allen ma w kwestii molestowania całkiem sporo brudu za paznokciami – ale to wyszło na jaw nieco później – i doszło już nawet do tego, że niektórzy aktorzy, publicznie wyznają, iż wstydzą się…, że występowali w jego filmach. To kolejna paranoja, bo po mojemu należy oddzielić sztukę, w tym wypadku filmy, od chorobliwych zachowań, czy też zwyrodnień ich twórców.

Weinstein, mimo że to postać dość obleśna, stał się więc symbolem tych zwyrodnień, niezmiennie pozostając znakomitym producentem. Wyznaczony został jednak na ofiarnego barana, na tyle tłustego i reprezentacyjnego, że można było walić w niego z najcięższej artylerii, w nadziei uchronienia wizerunku amerykańskiego przemysłu filmowego. Wszystkie nie-amerykańskie odłamy #MeToo, choć były, nie mają już ani takiego rozgłosu, ani też większego znaczenia.

Przy okazji warto może wspomnieć, że w latach 20-tych i 30-tych ubiegłego wieku, funkcjonował w ówczesnej fabryce snów nijaki William H. Hays, który wsławił się między innymi wycofywaniem, a nawet wymazywaniem z historii, filmów z aktorami, którzy mu szczególnie podpadli. W latach 30-tych napisał konserwatywny kodeks moralności, zwany też „kodeksem świętoszków”, zajmujący się dopuszczalnością scen przedstawianych w filmach produkowanych i dystrybuowanych w Stanach Zjednoczonych.

Hays był oczywiście republikaninem, zatwardziałym, twardogłowym konserwatystą o dość wąskich horyzontach, nic więc dziwnego, że to właśnie on wziął na siebie spisanie owych dziś kompletnie absurdalnych zasad. Zgodnie z nimi w amerykańskich filmach nie można było pokazywać pozamałżeńskiego seksu, nagości, porodów, związków par homoseksualnych, a nawet namiętnych pocałunków. Zasady te funkcjonowały przez wiele następnych lat, czasem całkowicie bezwiednie, na zasadzie prewencyjnej autocenzury.

Szczerze mówiąc to materiał do poważnego przemyślenia, pod kątem przydatności w Polsce.

Chociażby przez ministra Glińskiego i jego urzędników z ministerstwa kultury i dziwactwa narodowego, którzy to z coraz większą ochotą (pan minister nawet osobiście) biorą się za cenzurowanie sztuki, w tym filmów. Czytając kodeks Haysa, mają gotowe przepisy, nie trzeba nic wymyślać, wystarczy je zaadoptować od czasów i warunków, a sejm z pewnością taką innowacyjną politykę kulturalną przepchnie.

A w ogóle to taki trochę spóźniony walentynkowy tekst jest. Kochajmy się bracia i siostry, bo miłość nie jedno ma imię i objawia się na różne czasem zaskakujące sposoby, a życie zbyt krótkie jest żeby to ignorować. Pamiętacie: Love Macht Frei! 🕷

6 komentarzy dotyczących “Kumpelki i kumple Weinsteina

  1. Nie taka Grażynka

    Dobre, podoba mi się, choć nie do końca chwytam, czy jesteś za #MeToo czy może jednak przeciw

    Polubienie

  2. w.i.e.s.i.e.k

    O w mordę jeża !
    Za moich czasów mówiło się flirt a „w domyśle” znaczyło to tyle co
    ” amory, awanse, flircik, flirty, kokietowanie, konkury, ksiuty, miłostka, miłostki, podryw, podrywanie, podrywka, przygoda miłosna, romans, romansik, romansowanie, umizgi, zalecanie się, zalecanki, zaloty, przygoda, przygoda erotyczna, szaleńcza miłość, zadurzenie, zapatrzenie, zaślepienie, zauroczenie, krótkotrwały romans, ognistość, płomienność, przelotny romans,”
    Starczy !! Czyli „chwatit”
    Współcześni upraszczając to nazwali molestowaniem i nie ważne, ze za obopólną zgodą boć przecież zawsze można było powiedzieć i usłyszeć, zwyczajne NIE ,zabrać manatki i wyjść,lub „dać w mordę” a nie usprawiedliwiać się „molestowaniem”
    PS
    Patrząc zazdrosnym okiem, na te Twoje Iwonki ,zastanawiam się, kiedy i one oświadczą ze były molestowane?
    I co gorsza, narażane na utratę zdrowia co widoczne „w obrazach”
    Zima, a one tak kompletnie nie ubrane, zmuszane są .do pozowania.

    Polubienie

    • ka-mi-la789

      Tylko że te zgwałcone dziewice jak rozkładały nogi, to jeszcze nie wiedziały, że są molestowane. Do molestowania doszło dopiero jak nie dostały tego obiecanego Oskara. Wystarczy zresztą rzucić okiem na nazwiska tych nieszczęsnych, pohańbionych ofiar – gwiazdy trzeciego planu i scen wyciętych w montażu. O niektórych (jeśli nie o większości) usłyszałam dopiero przy okazji ich duszoszczypatielnych opowieści o wieloletnim wykorzystywaniu, o którym wcześniej słowa nikomu nie pisnęły, bo przecież roli by nie dostały. Wreszcie trafiła się okazja, żeby świat dowiedział się o ich istnieniu, to się jej czepiają zębami i pazurami, i cisną jak cytrynę, bo za chwilę ciekawszy od ich tragicznych życiorysów okaże się kolejny chiński wirus. I znów będzie trzeba organizować sobie jakiś gwałt ex ante.

      Polubienie

  3. w.i.e.s.i.e.k

    ka-mi-la789 17-02-2020
    Tyle ze oprócz ponętnej d…y posiada się jeszcze twarz nazwisko znajomych ,dzieci i krewnych
    O zwyczajnym ludzkim wstydzie czy honorze nie wspomnę bo to „ziemia nieznana”

    Polubienie

twój komentarz:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: