OBYCZAJE&LIFESTYLE

Jest Głódź jest impreza!

Czytam sobie o tej historii i wcale nie jestem zdziwiony. Choć może trochę jednak jestem, bo w sumie, biorąc pod uwagę rolę jaką w Polsce odgrywają katabasy i pozycję jaką w związku z tym zajmują, naturalnym by było, że to pan prezydent w te pędy i na sygnale zapierdala do Głódzia a nie odwrotnie. No, ale może tak się umówili, bo Leszek przy okazji chciał wymoczyć nogi i popatrzeć na opalających się na plaży chłopców. Stanąć mu raczej nie stanął, ale sympatycznie było z pewnością.

NO WIĘC BYŁO TAK…

Znacie to, ale przypominam fakty, by rozwinąć akcję.

Otóż po ponad roku, mimo niepisanej klauzuli poufne, wreszcie wydało się, że wspomniany pan Głódź, na prywatną wizytę u pana Dudy w Juracie jechał samochodem w eskorcie policyjnych radiowozów. Kolumna aut z dużą prędkością omijała stojących w korkach kierowców, przejeżdżała na czerwonych światłach, spychając wszystkich po drodze na pobocze, albo do rowu. I tak pod samą bramę letniej rezydencji Dudasa w Juracie, przy ulicy Wojska Polskiego. Pełen wypas jednym słowem i pełen paraliż i tak wyjątkowo niedrożnej w tym okresie trasy (znacie tę drogę: Road to Hell).

Policjanci z oporami, wijąc się i spuszczając głowy, przyznają teraz, że tak rzeczywiście było. Eskortę przydzielił ponoć naczelnik wydziału ruchu drogowego, ale tylko naiwny może sądzić, że paluchów nie maczał w tym sam komendant wojewódzki Rzymkowski. To wierny druh i rycerz Głódzia, w zasadzie nawet halabardnik i jak Głódź ma problem, to bezpośrednio dzwoni do niego a nie do jakiegoś przydupasa szczebel lub dwa niżej. Więc dzisiejsze zapewnienia rzeczników, że „komendant wojewódzki nie miał z tym nic wspólnego” między bajki z mchu i paproci można włożyć. Na bak wiedział a nawet wydał rozkaz.

Policja choć trochę usiłując się wybielić, wytłumaczyć i złagodzić niesmak mówi, że „na takie rozwiązanie zdecydowano się po po analizie natężenia ruchu na trasie dojazdu na Półwysep Helski”. No i – zaznaczają policjanci – przejazd odbył się tylko w jedną stronę, tak jakby to ich z czegoś rozgrzeszało. Nie rozgrzesza! Bo po pierwsze, kto to jest w ogóle ten Głódź, zwykły złamas tyle że hardy, a po drugie jak miał on takie ciśnienie na widzenie, to mógł sobie wsiąść w pociąg (z Helem w tym okresie są całkiem dobre połączenia), albo mógł wyjechać trzy godziny wcześniej. Nawet jak by się spóźnił, to z pewnością Pobożny Dyzio by mu wybaczył.

No i jeszcze jeden problem mnie tu gnębi… Bo skoro policja twierdzi, że holowali gościa tylko w jedną stronę, to kto holował go w drugą i jak on wrócił domu?

Należy przypuszczać, że nienawykły do czekania i tkwienia w korkach pan biskup, w tę drugą stronę poleciał zapewne prezydenckim śmigłowcem i to na bank w statusie HEAD, ale już po otrzeźwieniu, żeby broń panie boże nie porzygać kabiny.

ALE TO NIE KONIEC HISTORII

W komunikacie policyjnym czytamy również, że „policjanci, którzy pełnili tego dnia służbę, ułatwili metropolicie gdańskiemu przejazd na uroczystość, która odbywała się na Półwyspie Helskim”. To kłamstwo na bardzo krótkich, kaczych rzec można nogach, bo tym czasie na Helu ani w okolicach nie odbywały się żadne uroczystości, mniej lub bardziej oficjalne. Nikt niczego nie organizował!

No więc do kurwy nędzy, cóż to za uroczystość niby była?

Pierwotnie było podejrzenie, że Głódź chciał osobiście dostarczyć Dudzie kolejne unieważnienie małżeństwa Marty Kaczyńskiej. Po co, tego nie wiadomo, bo przecież od dłuższego już czasu jest pewne, że wbrew złośliwym, pojawiającym się tu i ówdzie plotkom, oni wcale nie mają się ku sobie. Więc ten wariant odpada, chodziło zapewne o coś zupełnie innego.

Wersja prawdopodobna, tak prawdopodobna, że aż pewna jest taka, że w Juracie nudził się szalenie pan prezydent, więc postanowił zrobić imprezę, a powiedzmy szczerze, że urodziny (13 sierpnia) Leszka, były znakomitym pretekstem. Zawsze dobrze mieć sojusznika w prominentnym katabasie, który w razie czego poprze i popchnie co trzeba i gdzie trzeba, więc dlaczego niby oszczędzać na alkoholu, skoro i tak zapłaci za to podatnik.

Więc jeśli policja dziś mówi, że zapewnili mu przejazd na „uroczystość” to faktycznie tak było, choć pewnie policjanci nie mieli bladego pojęcia jaki to charakter ma ta „uroczystość”. Dwóch panów (plus osoby towarzyszące) chciało sobie poplotkować, popić i potrzymać się za ręce. Przypadkowi świadkowie zeznają, że śpiewy, wrzaski i krzyki trwały do białego rana.

Jedyne co mnie jeszcze ciekawi, to czy z Krakowa towary na czas dostarczył Żelazny Marian i czy usługa była na fakturę, czy może w ramach rozliczeń za wynajem kamienicy akonto przyszłej sprzedaży. (R)

**

CZYTAJ RÓWNIEŻ:

5 komentarzy dotyczących “Jest Głódź jest impreza!

  1. w.i.e.s.i.e.k

    A przypadkiem nie pamiętasz kto tego katabasa wpierw zrobił „naczelnym felkuratem” a potem namaścił stopniem generalskim??
    Kto się z nim obściskiwał a ko chlał w samolocie ??
    .Kto mu wyznaczył skromna 3 cyfrową emeryturkę ?
    .Kto go na ten stok wyciągał ,bo potem to już z górki.

    Polubienie

  2. sobiepansobiepan

    W.I.E.Ś.K.U. !!! :-))))))))))))
    Z tym naczelnym „felkuratem” ( poprawnie :FELDKURATEM !!!) to żeś trochę pokręcił, bo abepe Leszek Sławoj ….. nie jest zwyczajnym „felkuratem” – jest bowiem GENERAL- FELDKURATEM – jeżeli już użyć „szwejkowego” nazewnictwa. Jarosław Haszek (Jaroslav Hasek) tym tytułem obdarzył kapelana polowego Otto Katza w swojej kapitalnej powieści „Przygody dobrego wojaka Szwejka”. Nazwa funkcji wojskowej bierze się ze „zbitki” słów:
    FELD = POLE i KURATOR = OPIEKUN > co daje nazwę FELDKURAT – opiekun polowy. I mogło tak pozostać – było by mniej śmiesznie, niż jest. W „naszej” Armii ktoś wpadł na „szwejkowy” pomysł i mianował „felkurata” – GENERAŁEM. Baaa…..nie tylko „generałem „I-go stopnia” tj. „generałem brygady”, ale w „krótkich abcugach” – GENERAŁEM DYWIZJI. Pewnie nie chodziło tu o „zasługi polowe” (na polu walki), ale o wyższą emeryturę. Śmieszne jest przy tym to, że przedtem abepe Leszek „piastował” w Armii stanowisko „sapera pontonowego” i…… i nagle został „generałem brygady a w dwa lata później generałem dywizji. Czyli taki „blitzkrieg” w awansie na stopień „wojskowy”. Jak dotąd – w żadnej armii w Europie i na świecie nikt chyba nie wpadł na „takiego pomysła”. No ale „MY” musimy pokazać Europie, jak doceniamy „wartości”. Nie dziwi nic – mamy też „admirałów” i „kontradmirałów”- mimo, że nie mamy praktycznie floty wojennej, gdzie taki stopień by przysługiwał. Czytaj „Szwejka” – kopalnia wiadomości „wojskowych”. Tylko „marszałka” nam jeszcze brakuje, ale nie ma rzeczy niemożliwych – „zrobi się ” !!!

    Polubienie

    • sobiepansobiepan

      P.S. – „marszałek polny” – kiedyś istniała taka funkcja w wojskach Rzplitej Obojga Narodów. Gdyby tak ktoś pomyślał…… No choćby w Wojskach Obrony Terytorialnej – to jest trochę podobne do „wojsk pospolitego ruszenia”. A co ….!!!!!

      Polubienie

    • sobiepansobiepan

      P.S. – II !!! W „Szwejkowej” nomenklaturze – marszałek polny musiał by się nazywać „Generalfeldmarschall” – też ładnie brzmi.

      Polubienie

    • sobiepansobiepan

      P.S. – III !!! Nie……nie…….. lepiej nie używać nazwy stopnia wojskowego „Generalfeldmarschall” – brzydko się kojarzy.

      Polubienie

twój komentarz:

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.

%d blogerów lubi to: